kolekcje
fb  ig
en
Filip Kalinowski
00

Kamienica w sercu Starego Mokotowa, pogoda pod psem i imponująca kolekcja płyt z całego świata. Odwiedzamy Filipa Kalinowskiego, który jest prawdziwym kompendium wiedzy – i to nie tylko tej stricte muzycznej. Nasz kolejny bohater jest dziennikarzem muzycznym, którego teksty można znaleźć na łamach Aktivista, Red Bull Muzyka, brytyjskiego The Quietus i jeszcze w kilku innych magazynach. Filip to pasjonat z krwi i kości, który dodatkowo tworzy muzykę w zespole kIRk i od czasu do czasu pogrywa jako DJ. Rozmawiamy o muzycznych początkach i edukacji prosto z francuskiego i polskiego podwórka, zahaczamy o dalekie i budzące grozę Indie, a także zastanawiamy się nad tym, jak na przestrzeni lat zmieniło się podejście do fizycznego nośnika, jakim jest płyta winylowa.

02a

“Zjebałeś set, Sekta, ty Żydzie” napisane klasycznym tagowym pismem (śmiech). Wpadł mi w ręce mikstejp Janka, muszę sprawdzić, co na nim jest, przypuszczam, że jakieś drum’n’bassy. W tamtym czasie słuchaliśmy dużo jungle i podobnych klimatów. Z pierwszego liceum mnie wyrzucili, a w drugim spotkałem się z Jankiem, z którym znaliśmy się już z osiedla. Fajny czas, wymienialiśmy się płytami. Tak a propos kolekcjonowania – nigdy nie miałem jakoś super dużo pieniędzy i do dzisiaj nie lubię kupować drogich płyt. Może ze 2-3 razy mi się przydarzyło. Tam widzicie soundtrack do opartego na Burroughsie Nagiego lunchu Davida Cronenberga. Dostałem go na gwiazdkę od Oli i jest to przepięknie wydana płyta. Kosztuje jakieś 250 zł, co jest dla mnie zupełnie zaporową kwotą i gdyby nie prezent, to sam bym tyle na pewno nie wydał. Wiecie, Ornette Coleman, świetna rzecz, aż wam puszczę. Zauważyliście slipmaty z Ghostly – dostaliśmy je od muzyków, kiedy organizowaliśmy showcase tej wytwórni w ramach Plateaux Festival. Zawsze kiedy rozmawiam z artystami sceny niezależnej, to mówię im: “czemu wy nie przywozicie ze sobą merchu?!” Czasami ktoś ma CD, ale winyle rzadko kto wozi ze sobą na trasy, bo niestety są dosyć problematyczne w transporcie, szczególnie jak ktoś przylatuje ze Stanów i zjeżdża pół Europy. Tutaj mam fajną kasetę z Afryki – Fela Kuti i dość mało znana rzecz z jego dyskografii. Demówki Warszafskiego Deszczu, WSP, kolejny promo set Sekty...

(w tle Ola, żona Filipa, mówi, że chętnie z nami posiedzi, bo uwielbia, kiedy Filip opowiada o muzyce.)

Ola lubi te wszystkie taneczne, dancehallowe klimaty. Odnosząc się do tego, co mówi o mojej audycji dla Red Bull Music Academy – w pewnym sensie serwuję tam esencję tego, co puszczam niemalże codziennie w domu. Często trafiają się tam gatunki, których normalnie by nie zaakceptowała (śmiech).

(Ola: Jeszcze jeden numer Furii mogę znieść, ale całej płyty już nie jestem w stanie! Dom jest miejscem, w którym odpoczywam. Więc jeśli przez godzinę typy się drą, a ja chcę poczytać komiks, to średnia sprawa (śmiech).)

Moja mama jest romanistką i w 1996 roku, jak miałem 12 lat, pojechałem z nią do Francji, gdzie kupiłem sobie płyty Cypress Hill i NTM. To były jedne z moich pierwszych hip-hopowych albumów, a francuski rap był dla mnie początkiem tej drogi.

04

Za małolata większość wolnego czasu przesiadywałem na podwórku. Piliśmy, paliliśmy, a Janek u siebie w domu, na 3. piętrze katował gramofon. Nie zdawał z klasy do klasy, bo skreczował. Często słychać było, jak ćwiczy. I były tego efekty, bo przecież Samuraiz Crew, które współtworzył z DJ-em Romkiem to jeden z pierwszych turntablistycznych polskich projektów. Do dziś pamiętam, jak kupiłem – jedyny zresztą – numer gazety Steez, do której była dołączona płyta z utworem Samuraiz Crew, bardzo fajnym. Lata 90. to zajebisty czas dla turntablismu. Pamiętam, jak DJ Q-Bert grał pierwszy raz w Warszawie. Przy Dworcu Zachodnim stał taki metalowy barak (Roxy Club – przyp.red.), na którego otwarciu zagrał Cut Killer, czyli koleś skreczujący w tej klasycznej scenie z Nienawiści. A potem zabookowali tam Q-Berta i pamiętam, że był to wieczór, w który zmarł papież Jan Paweł II, który chorował od długiego czasu i wiadomo było, że jego odejście jest kwestią czasu. Wujek Samo Zło prowadził tę imprezę i w pewnym momencie wyszedł na scenę i powiedział “stało się”. Ktoś najebany z tłumu odkrzyknął “co się, kurwa, stało?! Będziesz rapował?!” (wszyscy wybuchnęliśmy śmiechem). Myślę, że spokojnie połowa sali wtedy wyszła, z szacunku. A my – z szacunkiem też – zostaliśmy i było mega zajebiście. Strasznie się jaram, że udało mi się też zobaczyć na żywo Roc Raida’ę i nawet zgarnąłem jego autograf na kompakcie. Ja jestem dość niski, ale pamiętam, że on był wyjątkowo króciutki. The X-Ecutioners grali wtedy w klubie Live przy Metrze Politechnika, gdzie obecnie znajduje się jakiś stripclub, a Roc Raida, stojąc na case’ie z płytami, bo inaczej nie sięgnąłby stołu, odprawiał swoje czary.

(w tle wciąż przygrywa kaseta z mikstejpem Sekty)

06


06b

FRANCUSKO-POLSKIE PODWÓRKO

Moja mama jest romanistką i w 1996 roku, jak miałem 12 lat, pojechałem z nią do Francji, gdzie kupiłem sobie płyty Cypress Hill i NTM. To były jedne z moich pierwszych hip-hopowych albumów, a francuski rap był dla mnie początkiem tej drogi. Również polska, uliczna scena była w tamtym czasie mocno zainspirowana Francuzami. Spora grupa ludzi słuchała tych moich płyt, bo mama co roku dostawała ode mnie listę zakupów, a ja chętnie przegrywałem i mniej chętnie pożyczałem te krążki. Części z nich do dziś zresztą nie odzyskałem. W latach 90. Francja była dla mnie zupełnie osobnym kosmosem: IAM, Fonky Family, Mafia K’1 Fry, wspólne oglądanie Nienawiści, a do tego – wiadomo – pierwsze lufki nabite polskim skunem. Poza tym, arabskie wpływy w tej muzyce, zupełnie inny rap, który miał na mnie ogromny wpływ. Pokażę wam klasyczne płyty, z których warto odrobić lekcję, jeśli ich się nie zna. Dwie główne ekipy to NTM z Paryża i IAM z Marsylii. Giganci, którzy dzisiaj mają status poważnych, szanowanych gwiazd, a zaczynali jako twarde, uliczne składy. Mama co roku dowoziła mi kolejne krążki, dzięki czemu też stała się specem od francuskiego slangu i jej wykłady na uniwersytecie robiły furorę.

Mafia K’1 Fry, o której wspominałem to załoga mocno skoligacona z ekipą Kourtrajme, z której wywodzi się m.in. Romain Gavras i JR, który rozkleja po świecie swoje wielkoformatowe, politycznie zaangażowane zdjęcia. Nawet powstał o nim dokument. Prawie cała ta załoga to ludzie z podparyskich blokowisk, ale zdarzyło się pośród nich kilku „studenciaków” – Gavras – wiadomo, syn Costy Gavrasa – pochodził z “intelektualnego” domu. Do tego Vincent Cassel, którego bratem jest jeden z najbardziej znanych francuskich raperów - Rockin Squat. Wspólnie robili klipy dla Mafii, a także krótkometrażówki, w których występował Cassel. Dopiero lata później zyskali oni międzynarodową rozpoznawalność, a Gavras zaczął robić - znakomite - wideoklipy dla Justice, MIA czy Jamiego xx. Zrobili też dokument o zamieszkach na podparyskich osiedlach, który pokazuje całość od środka i pozwala zajrzeć za policyjne kordony, czego mediom głównego nurtu nigdy się nie udało. Bardzo wyważona rzecz, atakująca po równo policjantów, jak i te mordy z osiedla, co paliły samochody swoich sąsiadów. Dalej, film Sheitan drugiego reżysera z tej ekipy – Kima Chapirona. Horror z Casselem w głównej roli, do którego powstał zajebisty klip zrobiony z kolei przez Gavrasa. Nazywa się Batards de Barbares i to jest taka osiedlówa x100 – typ się tam wysadza, jest podcinanie gardeł, podpalanie gościa, grube stiptizerki z karabinami maszynowymi, pięknie złapany balans pomiędzy powagą i pastiszem. Do tego wszystko super zrobione, mało kto potrafi wkurw i agresję uchwycić tak intensywnie jak oni. Zresztą pierwszą rzeczą, jaką zrobiła ekipa Kourtrajme, był 10 minutowy hołd dla Nienawiści w którym ileś osób z tej międzynarodowej, imigranckiej bandy odtwarzało sceny z filmu. Warto wspomnieć też o należącej do ekipy grupie TTC, których na początku kariery produkował DJ Vadim, a później poszli bardziej w electro. Jeden z tych ziomków – Teki Latex – prowadzi obecnie label Sound Pellegrino, bodajże najbardziej znaną francuską elektro-stajnię obok Ed Bangera czy Kitsune.

07a


07c

Po francuskich wojażach czas na trochę krajowego rapu. Polski, chamski, nielegalny rap i mój ulubieniec Rogal DDL. Piękny tekst w środku wkładki – “jebać hujowe rapy” (wszyscy śmiech). Dla mnie rap to muzyka poniekąd folklorystyczna. Jeśli wypływa szczerze z danego podwórka, z danej osoby, to dany raper nie musi mieć znakomitego flow, dykcji, może się nawet, kurwa, jąkać. Jak potrafi mnie złapać za chabet i pokazać mi kawałek swojego życia, to mnie ma. I tak się składa, że większość tych typów więcej lekcji odebrała na ulicy niż na uczelni. Kaz Bałagane, Hewra, Mobbyn – również kozackie rzeczy. Dla kogoś, kto nie lubi rapu, albo lubi tylko Łonę i Fisza, to może być pewnie ciężko przyswajalne, ale cóż… Trudno pewnie przez to przejść, jeśli nie kumasz kontekstu.

(Ola: Ja jestem fanką Kazika! I Hugo Bucc wjeżdża na propsie!)

Firma i ich album Z dedykacją dla ulicy z 2002 roku. DMC i DJ Krime robili na nim skrecze, a Tuse odpowiadał za oprawę graficzną. Później wam pokażę, bo mam sporo mikstejpów, których okładki zrobił Tuse. To stary, grafficiarski załogant z DopeSmokersCrew z Trójmiasta. Pierwszy klip Firmy też zrobił i jest to dla mnie rzecz, której najbliżej z wszystkich rodzimych teledysków do niedoścignionego Pour ceux i tego, co dla Mafii zrobiło Kourtrajme – boks, ścigacze, bulteriery, agresja, kryminał i bloki. Każdy kadr jest definicją wkurwu i niektórzy pewnie mogliby się – zupełnie nie na żarty – tego przestraszyć. W Polsce mieliśmy zwykle ten problem, że klipy były zbyt statyczne, raperzy tylko marudzili i niewiele się działo. A tutaj jest ta siła – Popek bez koszulki w tramwaju, myślenie obrazkiem, energia. Firma i Intoksynator to były jedne z pierwszych składów spoza Warszawy, których tak naprawdę słuchałem. Bo wcześniej – wiadomo – jak nie było nic innego to katowałem na szkolnych wycieczkach Liroya i WYP3, ale od kiedy usłyszałem Skandal, to stałem się dosyć radykalny w moim rapowym, lokalnym patriotyzmie. Molesta to była relacja na żywo z mojego miasta, odbicie 1:1 tego, co widziałem codziennie na własne oczy. Warszawa lat 90., kurwa hardkor. I nagle ktoś opowiedział to wszystko, co działo się wokół. Przez długi czas miałem więc w dupie innych raperów, tylko Molesta, Zipy i MorWA. Wraz z latami dopiero traciłem tę ortodoksję, zarówno wewnątrz rapu, jak i w stosunku do innych gatunków. Będąc szczylem, słuchałem dużo metalu, latałem po osiedlu w bluzie Pantery i malowałem odwrócone krzyże. Wtedy wyszła płyta, która zmieniła moje życie, a był to soundtrack do chujowego filmu, gdzie czarni uganiają się za białymi, niczym jakieś zombiaki. Film nazywał się Judgement Night, a na jego ścieżce Slayer mierzył się z Ice’m T, Biohazard z Onyxami, a Helmet z House of Pain, taki rap-rockowy crossover, na kilka lat przed tym, jak Fred Durst spuścił ten pomysł w kiblu. Posłuchałem i mówię: Slayer – wiadomo – ale co to za typ gada z nimi tak zajebiście. Do tego doszła wspomniana wycieczka do Francji i spojrzenie zmieniło mi się o 180 stopni, pokochałem hip-hop.

Polski, chamski, nielegalny rap i mój ulubieniec Rogal DDL. Piękny tekst w środku wkładki - “jebać hujowe rapy” (wszyscy śmiech). Dla mnie rap to muzyka poniekąd folklorystyczna. Jeśli wypływa szczerze z danego podwórka, z danej osoby, to dany raper nie musi mieć znakomitego flow, dykcji, może się nawet, kurwa, jąkać. Jak potrafi mnie złapać za chabet i pokazać mi kawałek swojego życia, to mnie ma.

08a


08c

Wiele wyczytałem i nauczyłem się z wkładek. Czytałem zawsze te setki linijek pozdrowień dla anonimowych ziomeczków z kwadratu i czasami udawało się z tego wyłowić jakiś niuans. Pamiętam, że jak dostałem Illmatic Nasa na kasecie, to wnikliwie sprawdzałem, do kogo są kierowane pozdrowienia, kto co wyprodukował i tak dalej. I zaskoczyła mnie tam obecność Q-Tipa z A Tribe Called Quest. Hippisi, jazz i miłość, a z drugiej strony listy do więzienia i gangsterka Nasa. Przy naszym lokalnym podziale na stronę ciemną i jasną było to dla mnie z początku mało zrozumiałe, że ulica i „studenciaki” nie muszą być po dwóch stronach barykady. Może być „One love”.

(Ola: Ja muszę coś powiedzieć, bo Filip tego nie powie: to jedyna osoba na świecie, totalny freak, który książeczki z płyt czyta od deski do deski. Mam z tego bekę, bo znajduję książeczki obok łóżka, Filip je czyta przed snem, zupełnie jak książki (śmiech))

W ubiegłoroczne wakacje pojechaliśmy sobie gdzieś samochodem na wakacje i wzięliśmy ze sobą tylko 3 płyty. Jak w latach 90. – kilka kompaktów, wszystkie rapowe, katowane przez cały wyjazd, aż znasz teksty na pamięć. Słuchaliśmy z Olą w kółko PRO8L3MU, Kaza i Otsochodzi. Nad morze, w drugim rzucie, wzięliśmy jeszcze Syny. Nie tam kurwa Spotify, co chwila wybierasz coś nowego.

10
10a

MISZ-MASZ

Tak jak wspominałem na początku, nie lubię kupować drogich płyt, więc znajdziecie tu dużo cheap stocków. Miałem taki okres, że kupowałem więcej nowych winyli i to przypadło jakoś na czas moich studiów i okres działalności Wax Boxu. Zazwyczaj kupuję na wyjazdach, bazarach i pchlich targach + jakieś pojedyncze sztuki z Asfalt Shopu czy Side One’a. Zrobiłem zresztą książeczkę na 10-lecie sklepu Wojtka. Miałem przygotowany ogrom materiału, więc bardzo się cieszę, że udało się zmontować z tego sensowną całość. Żałuję tylko, że wyszło to w limitowanej edycji. Myślę, że fajnie byłoby z tego zrobić skserowanego zina, żeby więcej ludzi mogło sobie przeczytać tę historię. To buduje knowledge. Co wam jeszcze mogę pokazać, po rapie z Francji i Polski, zahaczę nieco o hip-hop z Wielkiej Brytanii, bo on też zrobił sporą robotę w moim życiu. Taki klasyczny rap – nie grime – w UK zawsze był pariasem. Duet Mark B & Blade, którzy rapowali o tym, że nigdy nie zostaną odpowiednio docenieni, nie dlatego, że są słabi, ale dlatego, że pochodzą z Londynu. Krytyka uważała, że brytyjski rap jest przeszczepioną wersją amerykańskiego, gdzie przecież nikt nie słucha Brytyjczyków, a Brytyjczycy woleli zwykle amerykańskie „oryginały”. Ja na maksa lubię emocjonalność Angoli. Task Force - jedna z moich ulubionych ekip i zarazem potwierdzenie, dlaczego nie kumam kupowania drogich płyt. Kupiłem to za 1 funta, a na Discogsie kosztuje pewnie z 30. Mogę poczekać, nie jestem na tyle niecierpliwy, w końcu gdzieś znajdę te płyty taniej. Nawet dziady na bazarach korzystają z totalnie przeszacowanego Discogsa, rynek winylowy jest zepsuty. Kiedyś we Wrocławiu, za Dworcem Świebodzkim znalazłem, stare szelakowe 10-calowe płyty z nauką języka - wykorzystuję to czasem w kiRkach. Żul mówi „dycha”, więc ja proponuje 8 zł, na co on, że dycha za każdą. Paranoiczny pomysł, nikt tego nie kupi. A on mi na to, że jeśli ma sprzedać za 8 zł to już woli rozjebać. No i koleś zajebał tym w kolano, płyty twarde, nie pękły, a on zaczął się szamotać jak furiat i w końcu rozbił je o ścianę (śmiech). Wracając do UK - bardzo lubię pierwsze wydawnictwa Big Dada, czyli okołorapowego sublabelu Ninja Tune. Alfa Prhyme, Part 2 i Juice Aleem, którzy później założyli taki zespół New Flesh for Old, co też swoją drogą jest inspiracją z Cronenberga. Ostatnio nawet z kimś o tym gadałem, że mam wszystko, co wydali. To są dosyć tanie rzeczy, jak się ich dobrze poszuka. Zwichnięte, ciut jamajskie klimaty, podobne do pierwszej płyty Roots Manuvy, którą zresztą bardzo lubię. Kolejna niesamowita francuska płyta Mauvais Oeil duetu Lunatic, do którego należał wówczas Booba, który ma obecnie status gwiazdy, podobny jak 50 Cent w Stanach, kiedy przeżywał okres największej “świetności”. To płyta z czasów, kiedy dopiero wyszedł z więzienia i nagrywał z ziomeczkiem smutne podwórkowe ballady. We wkładce rodzinne zdjęcie z północnoafrykańskich stron, wkurwiony pies, dzieciaki, wszystko na miejscu. Klimatyczna sprawa.

12


12b

Los Angeles Flying Lotusa to jest prze-czad i moja ulubiona płyta tego producenta. Po Cosmogrammie wziąłem z nim mały rozbrat – wciąż go lubię, aczkolwiek już mnie nie porywa, zbytnio trąci lounge music. A tutaj propsy od Madliba. Na Nowej Muzyce prowadziłem z nim i Freddiem Gibbsem otwarty wywiad, po którym poprosiłem go, żeby podpisał mi Shades of Blue. To była niezła rozmowa, nie wiedziałem jak to zaplanować, bo z jednej strony masz kosmitę, o którym ludzie myślą, że jest wielkim mędrcem, a w rzeczywistości jest on raczej ciężkim zjarusem, a drugi to gangus. Ich dwóch, ja i godzinna rozmowa. Był tam też Egon ze Stones Throw, który jest managerem i ogarniaczem Madliba, który sam nie jest w stanie się ogarnąć, włącznie z tym, że Egon podpina mu cały sprzęt i podaje słuchawki (śmiech). No i Freddie Gibbs wchodzi do tej sali, która jest wypełniona ludźmi i pierwsze co mówi to: “first things first: everybody says – fuck the police!”, koncertowa gadka w małej salce na „wykładzie”, zabawne wprowadzenie w klimat. Co jeszcze tutaj mam – nowojorska scena, zajebisty Aesop Rock, scena undergroundowa, Dr. Octagon. Ach, ten flecik w remiksie Automatora!

Oprócz tego, cały miks – niemiecki fitness z italo disco w podkładzie, katechizmy, nauka języka obcego, jakieś przemówienia kontrkulturowe z Charlesem Mansonem, Henrym Rollinsem i Sheridanem La Veyem. Mam też serię płyt zrobioną w latach 60. przez Raymonda Scotta, takiego „amerykańskiego Rudnika”. Każda z nich odpowiada okresowi dojrzewania niemowlaka: wysokie tony, repetytywne rzeczy, takie proto-techno. Jakby miało bas, spokojnie można by puszczać w klubie. Kupiłem, jak urodziło mi się dziecko.

W ogóle, sporo gadamy o hip-hopie, a to – od dobrych paru lat – nie jest już główna część mojej muzycznej diety. Wsiąknąłem mocno w rap, to prawda, miałem nawet okres, że żaden inny gatunek dla mnie nie istniał. Ale też przez rap wyszedłem do innej muzyki – przez sample do korzeni, przez dziwne brytyjskie rzeczy do elektroniki i jamajskich brzmień. Tutaj najfajniejsza płyta z reedycjami z zeszłego roku – Vivien Goldman, która jest dziennikarką i bujała się z całą ekipą dubowo-dancehallową pokroju Prince’a Far I’a czy New Age Steppers, ale również Johnem Lyndonem. Dalej – reedycje Sherwooda, o którym napisałem fajny tekst jakiś czas temu. Poprosiłem dużo osób ze środowiska, dla których jest to ważna postać, aby wypowiedziały się na temat tego artysty. Taki hołd.

14


15

Miałem okres, kiedy mieszkałem w Londynie i z pieniędzmi było bardzo krucho, a sporo wydawałem na płyty. Szukałem na bazarach stoisk z jamajskimi siódemkami i zawsze pytałem tych ziomeczków, gdzie dobrze i tanio zjeść. I zdarzało się, że koleś zamykał budę, prowadził mnie do jakiejś karaibskiej knajpy, przedstawiał mnie właścicielowi i nawet kilkukrotnie udało mi się zjeść za darmo. Sklepy płytowe to najlepsza informacja turystyczna, na jaką możesz trafić.

PODRÓŻE

Kilka lat temu pojechałem na wyjazd prasowy do Amsterdamu organizowany przez Heinekena. W wolnej chwili wszedłem tam do pierwszego, przypadkiem napotkanego sklepu z płytami i wybrałem z tych najtańszych pudeł z 20 płyt, z których wiele chciałem mieć od dawna. Wziąłem np. tego klasycznego Raekwona. Później wróciliśmy więc z Olką tam na tydzień, totalnie diggerski wyjazd. Papierosek do kawy i później Olka siedziała nad kanałem i czytała książki, a ja grzebałem w płytach. Przywiozłem wtedy z 200 płyt, dużo oldskulowych rapów, między innymi numer ostrzegający przed heroiną czy hip-house’owy hołd dla kina, w którym MC melodeklamuje imiona i nazwiska znanych aktorów, wiele naprawdę zabawnych rzeczy. Może nie słucham tego super często, na imprezach raczej też nie puszczam, ale to fajne pamiątki, kawał historii rapu, o którym zwykle się nie pamięta, bo Polska amerykańskim hip-hopem zajarała się jednak już w latach 90., czyli już za panowania nowej szkoły. Najwartościowsze z nich miałem ze sobą w bagażu podręcznym, a te mniej – zapakowałem do kartonowego pudła. Udało nam się je dotargać na lotnisko, a tam – oczywiście – okazało się, że mam kilkadziesiąt kg nadbagażu i… totalnie mnie na to nie stać. Rozejrzałem się i dorwałem jakiegoś kolesia, który miał malutką walizkę i zapytałem czy może je zabrać. Kurwa, na lotnisku w Amsterdamie, żeby wziąć od obcej osoby nie wiadomo czym wypełnione kartonowe pudło obklejone taśmą, to trzeba mieć jaja (śmiech). No, ale udało się. Był jakimś biznesmenem z Japonii.

Myślałem, że w Turcji znajdę sporo ciekawych płyt, tamtejsze progresywne rocki są zajebiste, ale okazało się, że jest ultra drogo. Mają specyficzny stosunek do winyli, traktują je jak antyki i nawet za marne płyty chcą góry pieniędzy. Za to zagraniczne płyty są tanie. Dorwałem jednak kilka ichnich arabesek i ejtisowych popowych szlagierów doprawionych syntezatorami. Wspomniane progresywne rocki są niesamowicie przebrane, bo to główny towar eksportowy poszukiwany przez wszystkich diggerów zajaranych tym, co już pociął Madlib czy The Gaslamp Killer. W takich egzotycznych miejscach fajne jest to, że jak już kupisz kilka płyt, to sprzedawca nie ma żadnego interesu do zrobienia i pomaga ci we wszystkim. W Istambule jest dużo cwaniaczków i targowania się, więc takie rady są nie do przeceniania. Jak kupisz coś od tych ludzi, to potem powiedzą ci, gdzie zjeść najlepsze jedzenie, gdzie pójść do sauny, jak uniknąć naciągaczy i robionych pod turystów „atrakcji”. Zrobią to szczerze, nie mają potrzeby cię kantować.

17

Miałem okres, kiedy mieszkałem w Londynie i z pieniędzmi było bardzo krucho, a sporo wydawałem na płyty. Szukałem na bazarach stoisk z jamajskimi siódemkami i zawsze pytałem tych ziomeczków, gdzie dobrze i tanio zjeść. I zdarzało się, że koleś zamykał budę, prowadził mnie do jakiejś karaibskiej knajpy, przedstawiał mnie właścicielowi i nawet kilkukrotnie udało mi się zjeść za darmo. Sklepy płytowe to najlepsza informacja turystyczna, na jaką możesz trafić. Szczególnie, jak lubisz sobie chwilę pogadać.

Oum Kalthoum, największa diwa arabskiej muzyki. Mam tę płytę od mojej mamy chrzestnej, która podobnie jak mój ojciec, jest arabistką. W kIRkach korzystałem trochę z jakichś wyimków z tej płyty – fragmentów piszczał grających a capella czy ścinków wokali. To jest zajebiste wydanie, które dostałem od mojego ojca. Ten box był rozdawany ambasadorom w Algierii, a mój ojciec poznał kiedyś byłego ambasadora Polski w Algierze. Gościu, jak się dowiedział, że zajmuję się muzyką, to podarował mu kilkanaście takich czadowych płyt. W ogóle ich nie używał. W tym miejscu dziękuję ambasadorowi, chociaż nie jest szczególnie fajnym gościem (śmiech). Etnicznych rzeczy mam sporo, bo często tnę je na sample. Super seria wydana przez Muzeum Zachodniego Berlina – etnomuzykologiczne rzeczy z zajebistymi liner notesami, dla każdego kraju po jednej płycie. To też na maksa ciekawa rzecz - gość jeździł po wielu krajach Afryki, robił nagrania terenowe, a później to wszystko połączył w coś, co jest oparte na strukturze mszy gregoriańskiej. Bardzo dziwny twór.

Jakiś czas temu mój ziomek wychwycił, że Muzeum Królowej Belgii wyprzedaje swój dawny magazyn. Zebrałem z całej Polski kilkanaście osób i wykupiliśmy dosłownie wszystko, co tam było. Myślę, że sample z tych płyt pojawią się kiedyś na wielu rodzimych rzeczach. Są na kIRkach, są też chyba na którymś Naphcie. Taki „zeitgeist” (śmiech).

19

Kolejny temat rzeka – nasza podróż po Indiach. Postanowiliśmy, że przed urodzeniem dziecka musimy polecieć gdzieś daleko. Przed samym wyjazdem nasłuchaliśmy się o chorobach, gwałtach i całym tym hardkorze. Okazało, że jak na naszą pierwszą backpackerską wycieczkę wybraliśmy najtrudniejszą lokalizację z możliwych. Gdybyśmy mogli oddać te bilety, to pewnie byśmy oddali i… byłaby to najgłupsza rzecz, jaką moglibyśmy zrobić. Było niesamowicie. I choć z początku nie myślałem, że będę tam w ogóle szukał płyt, to trochę ich jednak przywiozłem. Wszędzie dostępne były kasety i kompakty z mp3, których nazbierałem przez pierwsze dni całkiem pokaźną kupkę. Pewnego razu wszedłem jednak do sklepu, w którym zauważyłem płytę winylową służącą za dekorację, więc mówię do sprzedawcy: “masz tego więcej?”, a on, że ma. Otwiera szafeczkę, a tam multum tanich płyt. Niesamowita, etniczna muzyka, do tego sakralne, rytualne nagrania czy zapisy spektakli rejestrowane w teatrach. Poza tym, w każdym regionie czy prowincji używa się innego języka i w zależności od tego, gdzie się człowiek znajduje, prym wiodą różne ośrodki przemysłu filmowego – Bollywood jest tylko wokół Bombaju, a tych innych -woodów jest ogrom i każdy z nich ma swoje soundtracki, a (prawie) każdy z nich jest czadem. Zupełnie abstrakcyjne połączenia gatunków doprawione zwykle jakimś wystrzałem z syntezatora czy… broni palnej. Masa mocno pojebanego gówna, zaraz coś puszczę. Wspaniałe jest to, że nieważne czy to jazz, soul, pop – wszystko jest przepuszczone przez ichnią wrażliwość. Dużo w tym nostalgii i ckliwości, a jednocześnie niesamowity pęd ku nowości i wybuchowej akcji. Jestem za cienki, żeby w ogóle opowiadać o tamtejszej muzyce, bo to studnia bez dna, a ja poznałem jedynie wierzchołek góry.

21

Filip Kalinowski – gramofonowy eksperymentator, miłośnik sampli, loopów i przetworzeń, dziecko dubu, rapu i elektroniki. Współtwórca projektów Msza święta w Altonie, Pan Borman drinks Vlooper, Stupor, KK i E F M, współzałożyciel DIY labelu Circon Int., współorganizator festiwalu LDZ Music Festival. Bedroom DJ, który wraz z latami działań w zespole kIRk i kolejnymi albumami grupy zagłębia się coraz bardziej w to, co znajduje się na obrzeżach płyty winylowej. Antropolog bez tytułu, grafik bez warsztatu. Popkulturę chłonie kompulsywnie i choć najbardziej upodobał sobie jej dźwiękową odnogę, to obrazy i litery fascynują go nie mniej niż fonia. Dziennikarz muzyczny na stałe związany z magazynem Aktivist, radiem Red Bull Music Academy i portalem The Quietus, a publikujący również w Gazecie Magnetofonowej i Red Bull Muzyka. Słuchacz i pasjonat.

99