kolekcje
fb  ig
en
Marysia i Bernard
00

Saska Kępa to niezwykłe miejsce na mapie Warszawy. Oaza spokoju wśród miejskiej dżungli, wypełniona modnymi lokalami, piękną architekturą i kojącą zmysły zielenią. W takim otoczeniu mieszkają Marysia Przybyszewska i Bernard Sierakowski, z którymi spotkaliśmy się jakiś czas temu, aby porozmawiać o muzycznych idolach, buntowniczej młodości i oczywiście o płytowych zbiorach.

Marysia jest niezwykle zdolną i pełną energii szefową kuchni, mającą na koncie staż w jednej z najlepszych restauracji świata – kopenhaskiej Nomie. Obecnie współpracuje z Magazynem Usta i udziela się w wielu ciekawych projektach. Jej chłopak Bernard to prawdziwy człowiek od wielu zadań – gra w kilku kapelach, jest inżynierem dźwięku oraz pracuje na planach filmowych. Przed Wami nasz piąty wywiad, a w nim sporo sentymentów, internetowych fenomenów i ciężkich brzmień.

02

MUZYCZNA EDUKACJA

Marysia: Nie wychowywałam się w żadnej konkretnej subkulturze, poznałam różne “po trochu” i z każdej wyciągnęłam najciekawsze elementy. Podstawówka to był taki misz-masz, że nie wiem od czego zacząć. Powinnam od miłości do Kelly Family, to był taki crush, że jak koleżanki z klasy źle na nich powiedziały, bo wolały Backstreet Boys, to im wsypywałam swędzący proszek w ubrania podczas WF-u. Byłam nawet na ich koncercie na Torwarze. Oczywiście No Doubt, Skunk Anansie, przez którą ogoliłam głowę na zero w 7. klasie. Miks Nirvana, Smashing Pumpkins, Radiohead, Green Day i Metallica pamiętam ze szkolnych dyskotek. Pierwszym klubem, do którego poszłam, była Scena 2000, miałam wtedy może maks 14 lat. Moje koleżanki były zajarane hip-hopem, głównie Molestą, której członkowie tam przesiadywali. Kto by pomyślał, że lata później będę gościem w programie kulinarnym Vienia, a Pelson będzie moją i Bernarda swatką. Świadomie zaczęłam chodzić na koncerty w wieku 16-17 lat. Group Home, Cappadonna, De La Soul, Das Efx. Wszystko to odbywało się w warszawskiej Lokomotywie, znanej z imprez techno. Jakoś tak wyszło, że zaczęłam chodzić też na te imprezy: Adam Beyer, Jeff Mills, DJ Hell, Miss Kittin, David Caretta, kluby: 55, Fiolet, W5 czy M25. Pamiętam spektakularne imprezy, jak Instytut Energetyki, który zresztą dwa lata temu miał reaktywację. Wracając do tematu wspólnych upodobań, to tak naprawdę mocno się różnimy, moja muzyczna historia jest zupełnie inna. Bernard wychował się na metalu i jest kucem. Nie to, że nie lubię tego gatunku, ale w czasach, gdy on był kucem, ja słuchałam techno (śmiech).

Bernard: Jak byłem w pierwszej klasie podstawówki, to tata Mirek sprzedał mi Led Zeppelin, a kaseta z Jacksonem została odstawiona na półkę. Ojciec tak kazał, nie wiedział, co robi (śmiech). Tato słuchał naprawdę dużo świetnej muzyki, niestety katował nas w domu rzeczami typu Budka Suflera, Test czy Perfect, których po dziś dzień nienawidzę. Grany był “dads rock”, czyli kapele typu Queen, Deep Purple, Styx czy Black Sabbath, którzy podeszli mi najbardziej. Nie mam problemu z Genesis, Boston czy Journey. Pamiętam, jak mój kolega z zespołu, w którym grałem, jak miałem ze 22 lata, powiedział mi po jakiejś próbie albo koncercie, że mam czasem gada się ze mną jak z jego starym, bo lubię Alice’a Coopera czy Kiss. Kolonie w Gozdawie w połowie podstawówki, gdzie poznałem kilku chłopaków, którzy zarazili mnie Kingiem Diamondem, Running Wild, Bathory i Bad Religion. Zmiana otoczenia w gimnazjum i starsi koledzy, którzy sprzedali mi Obituary, Satyricon czy Venom i oszalałem na punkcie metalu, którego postanowiłem odkrywać jak najwięcej. Do tej pory szukam nowych i starych zespołów, których nie znam i zajawa w eksplorowaniu metalu nie mija. Byłem kucem do końca liceum, dopiero potem zaczęła się punkowa przygoda i scena hardcore.

Powinnam zacząć od miłości do Kelly Family, to był taki crush, że jak koleżanki z klasy źle na nich powiedziały, bo wolały Backstreet Boys, to im wsypywałam swędzący proszek w ubrania podczas WF-u.

04



Marysia: Moja mama słuchała Queen, Ennio Morricone oraz Milesa Davisa. Kiedyś zabrała mnie na Jacka Kaczmarskiego, to pamiętam najwyraźniej. Z racji tego, że mama jest filmowcem, jestem też nieźle osłuchana w soundtrackach. Natomiast hardcore i wszystkie ciężkie brzmienia pojawiły się stosunkowo późno i trochę żałuję, bo w moim przekonaniu ułatwiłoby mi to dorastanie. Pamiętam jeden z pierwszych moich koncertów hc/punk - Ignite. Nie znałam za bardzo panujących zasad i myślałam, że mosh pod sceną jest dla wszystkich. Szybka weryfikacja - okazało się, że to zabawa dla chłopaków albo super silnych dziewuch. Wylądowałam na ziemi, z której natychmiast ktoś mnie podniósł. To był moment, w którym poczułam, że ten gatunek muzyki to coś więcej, że mimo sporej dynamiki panuje tu jedność. Teksty dochodzące ze sceny są ciekawe i odnoszą się do aktualnych problemów na świecie, ale też do indywidualnych jednostek. Możesz poczuć się dobrze takim, jakim jesteś. Serio żałuję, że poznałam hc/punk tak późno. Chwilę później przeszłam na wegetarianizm, a muzyczna zajawa nigdy nie minęła. Ta scena jest mi wciąż najbliższa.

Bernard: To jedyna scena muzyczna, w której nikt się nigdy nie napinał na bycie gwiazdą, przynajmniej tak myślałem na początku, a hasło “more than music” na lata zmieniło moje spojrzenie na muzykę bez tzw. przekazu. Teksty Cro-Mags czy Gorilla Biscuits wbiły się głęboko w pamięć. Koledzy i koleżanki, których poznałem przez scenę hardcore, poszerzyli horyzonty, m.in. szacunek do życia innych stworzeń, a goście gadający ze sceny nie nudzili i często poruszali ciekawe tematy, od życiowych porażek do naprawdę zabawnych historii. Koncerty z innych scen muzycznych nie porywają mnie swoją energią tak, jak hardcorowe. W wielu miastach w Polsce i także w kilku w Europie mam ziomów, których poznałem, grając czy jeżdżąc na koncerty, bez których byłbym naprawdę uboższym człowiekiem. Kolejna miłość muzyczna to rapsy. Jakoś do 16. roku życia szczerze nienawidziłem rapu. Uważałem, że to najgorsza istniejąca muzyka, kompletnie to do mnie nie trafiało. Nie czaiłem tego, jak można robić beaty na kompie, skoro można wykorzystać instrumenty. Byłem ograniczonym dzieciakiem, ale ziomki z osiedla i mój młodszy brat zaczęli mnie w to wkręcać i teraz nie wyobrażam sobie życia bez hip-hopu. Dzięki rapsom dotarłem do ogromnej ilości muzyki funk, soul i r’n’b z lat 60. czy 70. Jak wyszła płyta Shaolin Soul z oryginalnymi utworami, których używali w podkładach Wu, to oszalałem. Zacząłem szukać, odkrywać zupełnie inną muzykę, której nigdy wcześniej się specjalnie nie przysłuchiwałem.

Marysia: A propos – puściłam ostatnio w pracy Mulatu Astatke, na co mój kolega powiedział “o, mój ulubiony kawałek Nasa” (śmiech).

06


06b

A propos - puściłam ostatnio w pracy Mulatu Astatke, na co mój kolega powiedział “o, mój ulubiony kawałek Nasa” (śmiech).

WINYLE

Bernard: Winyle zbieram głównie na koncertach, gdzie naprawdę można znaleźć fajne płyty, z różnych gatunków określanych mianem “ciężkiej muzyki”. Poza tym, kupuję od niezależnych wydawnictw oraz przez internet, ale to w ostateczności. Większość naszych płyt w domu to mieszanka “diabłów”, punków, soulu i rapu. Punkowe rzeczy dominują nad resztą z przyczyn oczywistych - na tych koncertach jesteśmy najczęściej. Jest też spora ilość płyt z pudel metalem z lat osiemdziesiątych. Siódemki to tylko hardcore i punki. Część to zaprzyjaźnione kapele, z którymi grałem koncerty, pamiątki z wyjazdów za granicę i latania po punkowych sklepach z winylami, albo koncertów na skłotach. Nikt nie wydaje tyle 7-calowych winyli, co kapele ze sceny punkowej. Zbieram winyle nieregularnie i chaotycznie, ale to jedna z wielu zajawek w moim życiu. Nie oszalałem na tym punkcie, ale kiedy tylko jest taka możliwość, to w domu pojawiają się nowe “placki”.

Marysia: Ja zbieram winyle od niedawna i nie mam ich zbyt wiele. Nie należę do “vinyl freaksów”, ale mam listę płyt, o których marzę. To jednak marzenia ściętej głowy, bo większości z nich nie da się już zdobyć. Przykładowo Jonathan Richman z utworem I was dancing in a lesbian bar. Póki co, uzbierałam trochę lat 70. Klasyki, czyli Rolling Stones, The Beatles, Patti Smith, Bob Dylan, Siouxsie and the Banshees, Fleetwood Mac i odrobina jazzu, w tym poznany dzięki Vieniowi Jerzy Milian. Do tego John Coltrane i Miles Davis oczywiście. Mam też super prezent od Macia, z którym rozmawialiście nie tak dawno temu, The Command All-Stars Provocative Percussion. Wśród wspólnych płyt jest wyżej wspomniany Bradley, trochę rzeczy z Motown Records i kilka winyli z kolekcji Legacy of the Blues, a także nieśmiertelny Johnny Cash. Chciałabym wam coś puścić, ale igła się niedawno zepsuła.

Bernard: Ja ją zepsułem, bo postanowiłem ostatnio z kumplem słuchać płyty Roberto Carlosa - kolejnego prezentu od Macia - a że byłem lekko porobiony, to wygiąłem igłę plastikiem, który miał ją osłaniać.

08a


08c



Marysia: Nie wyobrażam sobie dnia bez słuchania. Dla mnie to jest tak naturalna czynność, jak oddychanie, a ludzie, którzy nie słuchają muzyki wydają mi się podejrzani. Jest ona nośnikiem wspomnień, kojarzy mi się z konkretnymi momentami albo emocjami w życiu. Dobrze dobrana rano, nastawia na cały dzień. Zdarza mi się posiedzieć w ciszy, ale to dość rzadka sytuacja. Kocham Patti Smith. Uwielbiam kobiety-czarownice, takie jak ona, albo Stevie Nicks z Fleetwood Mac. Może dlatego, że sama taka jestem. Przeczytajcie koniecznie Patti Smith Just Kids (Poniedziałkowe dzieci - przyp.red.), czyli historię jej związku z Robertem Mapplethorpem. Przepiękna i wzruszająca podróż w czasie do Nowego Jorku, ziemi obiecanej, do której w pogoni za marzeniami i karierą przyjeżdżali młodzi artyści z całych Stanów i nie tylko.

Bernard: Mam w planach zebranie kilku pełnych dyskografii zespołów, które uwielbiam. Są to winyle Neurosis, którzy właśnie wydali taki pakiet na trzydziestolecie. Chcę też dorwać ukochanego Slayera , wreszcie zdobyłem Fall of Efrafa - zespół z Anglii, który szczerze uwielbiam, nawet wydziarałem sobie królika z okładki płyty Inle. Od lat gadam z przyjacielem o tym, żeby puścić sobie wspólnie Times of Grace - dwie płyty, jedna z podkładami i efektami, a druga z muzyką i tekstami, na dwa gramofony. Niestety, póki co jesteśmy zbyt leniwi. Powiedziałeś, że od Neurosis wolisz większość zespołów, które się nimi inspirowały? Doskonale wiem, o co chodzi, chociaż dla mnie to jeden z ulubionych zespołów. Kilka winyli wyniosłem z domu. Ojciec przerzucił się na CD-ki, a półka z czarnymi płytami stała zakurzona, więc ostatnio zabrałem kilka. Jedną dosłownie zakatowałem na zestawie Telefunken, który mieliśmy w domu. Miałem może wtedy z 6 lat i ta wydawała mi się najfajniejsza ze wszystkich płyt w domu, longplay zespołu Asia. Zrobiła w swoim życiu za dużo obrotów, a igły nigdy nie wymienialiśmy. Jak ją odpaliłem, to zabrzmiała jak szalony miks Satyricon z Antkowiakiem. Nie dało się słuchać, ale zostawiłem ją na pamiątkę. Do dzisiaj zostało mi sporo płyt, które od tego czasu zajechałem tak, że już nie da się ich normalnie słuchać.

10


10b


10d



INTERNET

Bernard: Z internetowego chaosu muzycznego, który razem lubimy zarówno słuchać, jak i oglądać to jest YouTube’owy kanał radiostacji KEXP. Trafiają się tam dobre sztosy, kochamy występy The Body/Thou, Future Islands, Hańby czy Billy Strings and Don Julin.

Marysia: Ja z kolei śmiało mogę stwierdzić, że tworzenie playlist to moje hobby. Zapraszam na mój profil Spotify, który będzie idealnym podsumowaniem całej naszej rozmowy.

Bernard: Ja aż tak nie siedzę w Spotify, ale ostatnio zrobiłem układ w stronę kultowego programu Soul Train i zrobiłem playlistę z muzyką z 60.,70. i 80. Pamiętam, jak kiedyś jeździło się po kolegach, którzy nagrywali na kasetach jakieś metalowe składanki. Albo zobaczyłem w jakiejś gazecie ciekawy wywiad z kapelą i od razu leciałem do sklepu po kasetę czy płytę. Obecnie jest wygodniej i prościej, mogę sobie w kilka minut znaleźć to, na czym mi zależy albo sklecić własną składanką, przede wszystkim sprawdzić czy coś trafia w mój gust zanim to kupię. Internet jest super.

Marysia: Idąc dalej w playlisty: późna podstawówka z Radiohead, Nirvaną i Smashing Pumpkins na czele i rapowe lata 90. Składanka WE LIKE ANIMALS, z numerami lub zespołami ze zwierzętami w tytule, np: Q Lazzarus Goodbye Horses, Forget the Swan - Dinosaur Jr., Prayers From Dog to God, Henry Mancini. Większość z głowy, trochę googlowania. Raczej nic bym tutaj nie zmieniła, chociaż dobra, wywalam Cancer Bats i Katy Perry, bo jednego nie lubię, a drugie to guilty pleasure. Oczywiście, ktoś może się przyczepić, że nic do siebie nie pasuje, ale to nieprawda! O, to jest playlista dla Anastazji i Zosi Bernad z okazji ich urodzin, nazywa się NASTY GALZ BDAY SET!. Wszystkie dobre rapowe kawałki z lat 90./00. - DMX, Eve, Foxy Brown, NERD, Destiny’s Child, En Vogue, Khia, Snoop, TLC, Nate Dogg, J.Lo, Outkast. Dla mnie to trochę “blast from past”, czyli hip-hopowe środy w Ground Zero uzupełnione o hity z ostatnich lat. Playlisty powstają przy każdej możliwej okazji. Słucham ich przez tydzień, później zapominam i znowu wracam za jakiś czas. Wiem, że słuchają ich też moje przyjaciółki, co jest super sprawą.

12


13



ODKRYCIA / GUILTY PLEASURES

Marysia: Nie nadążam z odkrywaniem nowych zespołów, mam nieodparte wrażenie, że zawsze coś mnie omija. Dlatego, między innymi, nie wyobrażam sobie nie słuchać muzyki codziennie. Z niedawnych odkryć: poznana dzięki Paulince Puchalskiej Princess Nokia, z którą wspaniały dziewczyński wywiad możecie przeczytać na Elemencie. Destiny Frasqueri jest w kontrze do tych wszystkich mainstreamowych, zbyt idealnych gwiazdek. Bez skrępowania rapuje o swoich niedoskonałościach i o tym, że jest chłopczycą. Tworzy nowy i bardziej przystępny kanon piękna. Ona też jest “czarownicą”, a w jej świecie nie ma podziałów na kobiety lepsze i gorsze. Dziewczyny tworzą jedność i stanowią wspólną siłę.

Bernard: Z moich nowych zajawek to AFRO. Jest małolatem, ma z 19 lat, ale jego flow i geekowskie teksty są zajebiste. Nie schodzi z mojej playlisty od miesięcy.Zachwycam się nieustannie “przejaranymi” trapami od Migos, po islandzkie Ulfur Ulfur. Sprawdzam wszystko, co podeślą mi znajomi z podobnym gustem, lubujący się w “dziwnej” muzyce. W tym miejscu pozdrawiam fanów ASAP albo T.D.E.

Marysia: Jeszcze Keith Ape. Lubimy czasem posłuchać dziwnych rzeczy. Trap to trochę guilty pleasure, osobny fragment w naszej muzycznej zajawce. Ważny do tego stopnia, że czasem spotykamy się znajomymi i puszczamy przez całą noc coraz to gorsze/lepsze (niepotrzebne skreślić) numery. Jednak muszę przyznać, że milej się rozmawia o dobrych rzeczach. Jara nas tzw. LSD rap, czyli Kool AD, Hot Sugar z tych nowych muzyków, albo bardzo dobrzy, klasyczni Death Grips.

Bernard: Kodeinowi kowboje (śmiech). Z ostatnich wspólnych artystów to na pewno Isaiah Rashad, Thundercat, Childish Gambino i NxWorries. Dużo tego jest, co więcej, ilość słuchanej muzyki ciągle rośnie. Za to własnie kocham “internety”. Nieograniczony dostęp do nowej i starej muzyki 24h na dobę.

Marysia: Bernard jest w naszym domu kopalnią rapsów i metalu. Ja puszczam głównie lata 70., muzykę etniczną, afrobeat, ethno jazz, meksykański folklor, gnava, aż po romskie brzmienia. Uwielbiam takie zespoły jak Kadavar, Witchcraft, Uncle Acid and the Deadbeats, Horisont, Mud Walk, Jex Toth czy Graveyard, które inspirują się muzyką lat 70. To jest tak wspaniałe, powrót do najlepszej dla mnie epoki!

Bernard: Prawda!

15a


15c

Ostatnio wyliczyłem, że w latach 2012-2014 uzbierało się przynajmniej 156 koncertów rocznie, przy jakich pracowałem, grałem lub po prostu w nich uczestniczyłem. Wychodzi trzy w tygodniu.

KONCERTY

Bernard: Jednym z plusów mieszkania w dużym mieście jest dostęp do ogromnej liczby koncertów, na które chodzimy bardzo często. Jakkolwiek by nie patrzeć, to też swoista kolekcja. Pracowałem przy ogromnej ilości koncertów, od klubowych Morisseya, Petera Hooka, Morbid Angel czy Misfits, do dużych festiwali na kilka tysięcy osób. Fajny okres w życiu i od cholery zajebistych, ale także kilka słabszych gigów, które dane mi było zobaczyć. Zabawne jest przybić piątkę czy pogadać z muzykami, których od małolata lubiłem słuchać. Ostatnie koncertów, przy jakich pracowałem, zawierała tzw. “meet and greet”, za które ludzie płacą chore pieniądze. Wszystko po to, żeby zrobić i dostać podpisane zdjęcie od ulubionego artysty i popatrzeć na niego przez dosłownie minutę. Nie kumam tego zupełnie, ale może jestem na to za stary. Kolekcja ciekawych wspomnień to z pewnością koncerty najbliższych kumpli i kilka własnych, które udało się zagrać. Ostatnio wyliczyłem, że w latach 2012-2014 uzbierało się przynajmniej 156 koncertów rocznie, przy jakich pracowałem, grałem lub po prostu w nich uczestniczyłem. Wychodzi trzy w tygodniu. Muszę przyznać, że to niezły wynik, jak na hobby i dodatkową robotę, między główną pracą na planach filmowych. Najważniejsze, że wciąż jest zajawa.

17

Marysia Przybyszewska – rocznik 1984. Szefowa kuchni z zamiłowania, z wykształcenia fotografka, chociaż epizod to dosyć krótki i bez większych sukcesów. Uwielbia karmić ludzi, swego czasu jej niedzielne brunche jadła połowa wegańskiej (i nie tylko) Warszawy. Łączy smaki azjatyckie i arabskie, jest też wierna kuchni polskiej, oczywiście wszystko w wersji wegan. Wcześniej była związana z kilkoma warszawskimi bistro, z przerwą na krótki epizod w kopenhaskiej NOMA. Teraz przejmuje kuchnię w Youmiko Vegan Sushi, co jest dla niej zupełnie nowym wyzwaniem. Podobnie jak nowe smaki, z uporem maniaka odkrywa nowe dźwięki, a jej profil na Spotify to jeden wielki muzyczny kocioł. Można tam znaleźć praktycznie każdy gatunek muzyczny, poza kilkoma małymi wyjątkami, których wymieniać nie ma sensu, bo przecież o gustach się nie dyskutuje.

Bernard Sierakowski – rocznik 1986. Zawodowo pracuje jako dźwiękowiec na planach filmowych, a w wolnych chwilach gra na basie w warszawskim zespole Czerń. Debiutancki album tego zespołu Nie ze skały, a ze strachu ukazał się w 2014 roku. Grupa nagrała też split z zespołem Kaldera. Geek i psychofan Gwiezdnych Wojen, wielbiciel podróży i tajskiego jedzenia. Nie lubi mówić o sobie za dużo. Słucha głównie metalu i rapu.

99