kolekcje
fb  ig
en
Zuza Golinska i Olivier Heim
00

Zuza Golińska i Olivier Heim mieszkają w uroczym zakątku na warszawskiej Starej Ochocie. Miejsce, w którym znajduje się ich kamienica, to klimat wyrwany żywcem ze zjawiskowych uliczek Paryża czy Berlina. Nietypowe dla Warszawy otoczenie zachwyca od pierwszego kontaktu. Mieszkanie pary przepełnione jest typowym dla artystów połączeniem nieładu z wszechobecną sztuką i niezliczonymi drobiazgami.

Sytuacja, w której parę tworzy dwójka artystów zajmujących się innymi kategoriami sztuki, to rzecz, wydawać by się mogło, rzadka. W przypadku Zuzy i Oliviera nowoczesna sztuka przestrzenna łączy się z muzyką inspirowaną przeszłością. Olivier, którego znakomity debiutancki album A Different Life ukazał się w 2014 roku, obecnie pracuje nad jego następcą. Dla Zuzy tegoroczny wrzesień był miesiącem debiutów. Najpierw jej głośno komentowana wystawa Common Ground, a następnie 东 Wschód pojawiły się w trójmiejskich galeriach i z miejsca zainteresowały sporą grupę odbiorców. My spędziliśmy z nimi słoneczny dzień, zajadając się maślanymi ciasteczkami i wspominając młodzieńcze lata w niezwykle przyjacielskiej atmosferze.

02

DZIECIŃSTWO

Zuza: Pamiętam, że pierwszą płytę, a w zasadzie kasetę, którą dostałam była MTV Unplugged Nirvany. To był prezent od mojego taty, miałam wtedy 7 lat. Gdańsk, Wrzeszcz / Zaspa, wypożyczalnia kaset video Beverly Hills, a obok centrum handlowe, w którym znajdował się sklep muzyczny. Marcel pewnie pamięta to miejsce. Ta kaseta została ze mną na lata. W tym samym czasie słuchałam też dużej ilości Spice Girls. Myślę, że moje dzieciństwo trafnie opisuje trójka wykonawców: Nirvana, Spice Girls i Marek Grechuta. Oprócz tego Simon and Garfunkel, Sade, której chyba słuchał mój ojciec oraz Prince, który wtedy wydawał mi się najseksowniejszym mężczyzną na świecie (śmiech). A, i jeszcze dodałabym do tego soundtrack do Króla Lwa, plus dużo radia.

Olivier: Ja jako dziecko kochałem Leonarda Cohena, również przez rodziców. Oprócz tego Cat Stevens, w nieco mniejszym stopniu. Kiedy miałem 7-8 lat słuchałem dużo Beach Boys, głównie dlatego, że moja siostra miała ich dwie płyty. Wciąż przesiadywałem w jej pokoju i zasłuchiwałem się w ich piosenkach.

Zuza: Pamiętam, że w mojej szkole podstawowej dziewczyny słuchały Tic Tac Toe, niemiecki zespół, trzy dziewczyny z Zagłębia Ruhry.

Olivier: W luksemburskim radio też to leciało. Pamiętam, że znaczną część muzyki poznawałem przez audycje radiowe. Był kanał, który nazywał się dosyć zabawnie – Oldiesender (część RTL Radio). Leciały na nim same stare przeboje, od których byłem uzależniony. Marvin Gaye, Spandau Balet, Bee Gees, Aretha Franklin, Barry White żeby wymienić kilku. Często miałem sytuacje, w których ktoś opowiadał mi o artyście, którego w ogóle nie kojarzyłem, potem okazywało się, że doskonale znam jego przeboje, właśnie dzięki tej audycji.

Zuza: Ja przez chwilę słuchałam polskiego hip-hopu, głównie Kaliber 44 i Grammatik. Myślę, że w dzieciństwie najwięcej muzycznej wiedzy dostałam od mojego ojca, który był w tym czasie moim muzycznym autorytetem. Dzięki niemu zaczęłam słuchać Joy Division, wspomnianej Nirvany, Rage Against the Machine i paru punkowych rzeczy. Później, jak miałam naście lat drugą istotną osobą w moim muzycznymj rozwoju był Adam (Byczkowski - przyp.red.). Zawsze słuchał ciekawych rzeczy, znajdował dużo nowości. Z Tobiaszem (Bilińskim – przyp.red.) słuchaliśmy trochę muzyki klasycznej, bo zaczynał od gry na fortepianie. Na przykład Chopin, Rachmaninow i bardziej ‘popowy’ klasyczny kompozytor Eric Satie, teraz najbardziej lubię Bacha.

04

Pamiętam, że pierwszą płytę, a w zasadzie kasetę, którą dostałam była MTV Unplugged Nirvany. To był prezent od mojego taty, miałam wtedy 7 lat. Gdańsk, Wrzeszcz / Zaspa, wypożyczalnia kaset video Beverly Hills, a obok centrum handlowe, w którym znajdował się sklep muzyczny.

Olivier: Mój tata słuchał w zasadzie tylko klasyki. Grałem na pianinie, czytałem nuty i komponowałem, zacząłem grać mając z 6 lat. Muzyka klasyczna zawsze była obecna w moim życiu, ale nigdy w pełni mną nie zawładnęła. Jako mały chłopiec lubiłem do niej czasami tańczyć, naprawdę. W przypadku klasyki jest tak, że zwykle później do niej docierasz, jako dziecko ciężko się na tym skupić i przyswoić w odpowiedni sposób.

Kiedy przechodziłem w wiek nastoletni i zaczynałem naukę gry na gitarze, zamieniłem mój pokój - wszystko musiało być w stylistyce surferskiej. Plakaty surferów i te sprawy, to był akurat moment, kiedy pojawiła się płyta Nirvany MTV Unplugged, a na niej mój ulubiony kawałek All Apologies. Wiadomo, hity lat 90 – Aqua, Ace of Base, Backstreet Boys, All Saints i tego typu gówniane popowe rzeczy. W Holandii była seria płyt z hitami lat 80. i 90., na nieszczęście mieliśmy obie. Nie zapominajmy też o Michaelu Jacksonie.

Mój nastoletni okres zdefiniowały trzy zespoły: The Smashing Pumpkins, wspomniana Nirvana i Red Hot Chili Peppers, plus trochę mniej, Radiohead. Zdecydowanie najwięcej czasu poświęcałem The Smashing Pumpkins, którzy pod względem brzmienia i kompozycji byli mi najbardziej bliscy. Lubiłem też pierwsze płyty RHCP. Kurt Cobain był i jest dla mnie interesujący pod wieloma względami. W tym wieku mocno identyfikujesz się z tym, czego słuchasz. Jak jesteś starszy, nie wpływa to w tak dużym stopniu na kształtowanie twojej osobowości i poglądów.

Zacząłem grać na gitarze przez moich dwóch przyjaciół, którzy byli braćmi, kochali Radiohead i The Smashing Pumpkins: na początku grałem głównie utwory właśnie tych zespołów. Zaczynałem od gitary klasycznej, po roku kupiłem elektryczną. Dopiero około 15. roku życia nabyłem pierwszą akustyczną gitarę. Dużo coverów, dużo chwytów, na początku dużo frustracji. Zacząłem pisać piosenki gdzieś w liceum. Wtedy słuchałem też Tool z ich „mroczniejszym” brzmieniem. Zdarzyło mi się nawet napisać coś w podobnym stylu. Po liceum stałem się bardziej kreatywny, spory wpływ mieli na mnie wtedy PJ Harvey, The Smiths i Jeff Buckley. Kiedy nagrywałem jako Anthony Chorale, byłem szczególnie zainteresowany folkiem, przede wszystkim muzyką z lat 60-tych i 70-tych, na przykład Neilem Youngiem. W tamtym czasie nie słuchałem już muzyki z lat 90-tych, alternatywny rok nie był już tak popularny. Od kiedy przyjechałem do Warszawy, poszerzyłem swoje spojrzenie na muzykę i zacząłem słuchać nowych zespołów, które wcześniej były mi nieznane.

Cenię też Kurta Vile’a, ale nie czuję, żeby moje piosenki brzmiały jakby były bezpośrednio zainspirowane jego muzyką. Inspiracje czerpię głównie z życia, z codzienności. Spacery, spotykanie przyjaciół, obserwowanie sytuacji. Muzyka jest odbiciem aktualnej części mojego życia lub powrotem do wspomnień.

Zuza: Często pracuję przy muzyce. Jak zaczynam pracę, słuchając konkretnego albumu, to kończę określone zadanie razem z nim. To jest swojego rodzaju soundtrack, który jest dopasowany do danego projektu. Impuls, który pcha mnie naprzód i motywuje do pracy: efektywniejszej i bardziej skupionej. Miałam tak kiedyś z Hail to The Thief  Radiohead oraz Swim Caribou. Kiedy robiłam scenografię do spektaklu w Wałbrzychu, słuchałam nałogowo Loyal Chrisa Browna oraz Work Rihanny. Nad ranem po premierze musieliśmy złapać pociąg do Warszawy, ja za bardzo nie chciałam się obudzić i wtedy Olivier włączył Work na moim iPhonie, od razu pomogło (śmiech).

05


07

2000+

Olivier: Kiedy mieszkałem i studiowałem w Maastricht słuchałem raczej w kółko paru tych samych albumów. Przewijały się wśród nich płyty PJ Harvey i Midlake. Pamiętam, że na 19. urodziny dostałem od Misi Is This Desire? i od tamtej pory to wciąż mój ulubiony album tej artystki. Słuchając tej płyty, mocno się z nią identyfikowałem. Ciekawą różnicą pomiędzy mną a Zuzą jest fakt, że ona miała konkretne okresy, kiedy słuchała zupełnie innej muzyki, kiedy w tym samym czasie u mnie przewijały się raczej te same numery. Oczywiście, były takie rzeczy, których słuchałem tylko w danym momencie, ale to zdecydowana mniejszość.

Zuza: Zacznijmy od tego, że 10 lat temu miałam jakieś 16 lat (śmiech). Wydaje mi się, że wtedy słuchałam sporo industrialnych zespołów np. niemieckiego Einstürzende Neubauten lub austriackiego Der Blutharsch. To były takie chwilowe zajawki. Dużo skandynawskich wykonawców jak Mum, Sigur Ros. To był zabawny okres, chociaż nigdy nie byłam wielką fanką tego rodzaju muzyki. Fala indie w postaci Feist, Kings of Convenience, Animal Collective, The Whitest Boy Alive też się przewinęła przez moje uszy. Z drugiej strony, byli też punkowi Dead Kennedys, a na przeciwległym biegunie leżały lekko dziwne rzeczy jak Death in June czy Current 93. Z bardziej znanych na pewno David Bowie, Spandau Balet, a więc dosyć oczywiste rzeczy.

Olivier: Ja nigdy nie słuchałem punku, totalnie nic z tych rzeczy. Jeśli chodzi o Sigur Ros, to głównie album Valtari. Widziałem ich chyba ze 3 razy na żywo – w Holandii, Luksemburgu i w Belgii.

Zuza: Między naszymi muzycznymi historiami dużo działo się symultanicznie. Oboje słuchaliśmy bardzo dużo Radiohead. Hail to the Thief, wow, co to była za płyta. Słuchałam też dużo Neila Younga, po raz kolejny dzięki mojemu tacie, który na początku nagrał dla mnie jakiś live album. Oczywiście rzeczy z serii Devendra Banhart, CocoRosie oraz ta dziewczyna od Another Diamond Day, taka wczesna Joanna Newsom, nie mogę sobie przypomnieć jej imienia, nazywała się Vashti Bunyan. Klasyki, czyli Velvet Underground i Nico, Lou Reed, Talking Heads. Słuchaliśmy też Dirty Projectors, The Microphones i Sufjana Stevensa. Bardzo, bardzo dużo, płyta Come on Feel the Illinoise leciała przez jakiś czas zapętlona.

Oli, był jeszcze ten chłopak od All Is Well. Jak on się nazywał? Słuchałeś tego często ze swoim bratem.

Olivier: (po chwili zastanowienia) Sam Amidon!

Zuza: Tak, to był on! Okładka płyty, gdzie wygląda jak kowboj. Miałam wtedy 18 lat. Miałam też moment z Whitehouse i Diamandą Galas, te rzeczy poznałam przez mojego nauczyciela polskiego z liceum – Daniela, często pożyczał mi dziwne płyty.

Olivier: U mnie PJ Harvey, wciąż PJ Harvey. Tak jak wspominałem, dużą rzeczą był dla mnie album Midlake, jakoś 7-8 lat temu. Początki tych wszystkich lumberjackowych albumów, dużo folku, moda na brody i tak dalej. Drugi album zatytułowany The Trials of Van Occupanther jest świetny i doskonale się starzeje. Niestety, trzeci był już słabszy, zdecydowanie twardsze i wolniejsze brzmienie. To w sumie spowodowało, że przestałem ich słuchać - zabrakło im uroku. Raz na jakiś czas puszczam sobie utwór Roscoe, ich najlepszy utwór. Przez Zuzę zacząłem słuchać też hip-hopu.

Zuza: Tak, to prawda, Kendrick Lamar, Tyler, The Creator, Earl Sweatshirt, Drake, ASAP Rocky i tak dalej.

08a


09

Sopot

Zuza: Najwięcej muzycznych sentymentów mam związanych z Sopotem. To moje rodzinne miasto, tam się wychowywałam. Nie mieszkam w Trójmieście od dobrych kilku lat i wydaje mi się, że z perspektywy czasu mam przed oczami wyidealizowany obraz tego okresu. Zaraz sobie wszystko przypomnę – okej, już wiem. Sporo Tortoise, Yo La Tengo, Marvina Gaye’a, Serge’a Gainsbourga i albumy Kyst. Szczególnie Cotton Touch, to jest dla mnie bardzo nostalgiczna płyta. Jeśli jest coś, co miałoby zdefiniować mój nastoletni czas w Sopocie, to chyba byłby to album Cotton Touch. Rzadko do niego wracam. Przesłuchałam go sobie wczoraj, wydaje mi się, że atmosfera tej płyty jest odzwierciedleniem tamtego czasu. Cała grupa moich przyjaciół była wtedy zanurzona w podobnym nastroju. Okładkę zrobiłam, mając chyba dziewiętnaście lat i szczerze mówiąc nie przepadam za nią obecnie, chociaż wydaje mi się adekwatna do tamtego czasu i naszych upodobań. Czuję sentyment do każdej płyty Kyst i Coldair po trochu. Poza ostatnią płytą Coldair, zrobiłam ich wszystkie okładki.

Real Estate to zespół, który też przypomina mi sopocki klimat: szczególnie płyta Atlas, która wyszła w 2014 roku. Lubię piosenkę Past Lives, jest dla mnie wzruszająca. Myślę, że prawdopodobnie 95% odbiorców ma wobec tego kawałka podobne odczucia. Ten utwór ma słoneczny, małomiasteczkowy i bezpieczny klimat. Nic ci za bardzo nie przeszkadza, masz morze i horyzont w zasięgu 10 minut spacerem, czujesz naturę i przez kilka lat spędzasz w ten sposób czas z grupą przyjaciół. Grizzly Bear to kolejny zespół, który ma dla mnie podobny klimat.

Olivier: Dla mnie Past Lives to też mocno nostalgiczny numer. Dużo go słuchałem ze 2-3 lata temu i od tamtego czasu, przyznam szczerze, nie puściłem ani razu. Zuza, słuchałaś wtedy dużo Air, pamiętasz? (Zuza twierdząco kiwa głową – przyp.red.)

Ja w przeciwieństwie do Zuzy nie miałem takiej młodości, w zasadzie w mojej miejscowości miałem jednego kumpla, wszyscy inni mieszkali w różnych częściach Luksemburga. Większość czasu spędzałem sam ze sobą, więc mam diametralnie inne odczucia.

11

Warszawa

Olivier: Mój przyjazd do Warszawy to początek fascynacji Kurtem Vilem. On i Cass McCombs to wykonawcy, których poznałem przez Adama, ciekawą muzykę poznałem też dzięki Zuzie i Huszczy. W Holandii nie miałem wielu znajomych, którzy słuchali takiej muzyki, mówię poważnie.

Pobyt tutaj zmienił w moim życiu muzycznym całkiem sporo. Przyjechałem jako totalny indie gość, przede wszystkim słuchałem Sonic Youth i PJ Harvey. Powoli zacząłem wsiąkać w nieco bardziej alternatywne klimaty, mimo że wcześniej nigdy nie byłem tym środowiskiem przesadnie zainteresowany. Po przeprowadzce do Warszawy poczułem mocną więź z ludźmi, których tutaj poznałem - przede wszystkim osoby związanie z muzyką i sztuką, szeroko pojętym 'artystycznym środowiskiem’.

Adam pokazał mi bardzo dużo nowej muzyki, wysyłał mi rzeczy, a ja zgrywałem je na mojego iPoda. Przewijało się sporo Conanna Mockasina. To był czas, kiedy atmosfera w tres.b się psuła, a ja z moim introwertycznym sposobem bycia zanurzałem się w tych playlistach podczas podróży i trochę odcinałem od rzeczywistości. Jechaliśmy samochodem, a ja siedziałem wpatrzony w szybę i słuchałem muzyki, jednocześnie nie do końca czując się komfortowo z ludźmi, którzy mnie wtedy otaczali.

Zuza: Kiedy poznaliśmy się z Olim, słuchałam bardzo dużo Swim Caribou,. Nastąpił także powrót do łask The Smiths, Kurt Vile, Conan Mockasin plus Ariel Pink - podobnie jak u Oliviera, ten okres mamy raczej taki sam. To chyba był też czas Here We Go Magic, no i Grizzly Bear.

Olivier: Mieszkaliśmy wtedy między innymi z Michałem, też wnosił dużo dobrej muzyki do naszego życia. Przez te pół roku na Kilińskiego tworzyliśmy ciekawą grupę. Często leciał Ariel Pink, John Maus czy Dean Blunt, słuchaliśmy czegoś non stop, nie było wytchnienia od różnych melodii. Docierały z pokoju Zuzy i Huszczy, ja natomiast grałem na gitarze, więc też można to zaliczyć do muzyki.

13


15

ARTWORKS NOSTALGIA

Zuza: Okładki są dosyć ważne, muzyka powinna mieć też swoją wizualną stronę. To dwa elementy, które powinny tworzyć spójną całość. Te, które robiłam kiedyś, były dosyć abstrakcyjne. Dzisiaj większość wykonawców ma na okładce swoją twarz, żeby muzykę dało się łatwiej zidentyfikować z osobą, która za nią stoi. Teraz zajmuję się przede wszystkim swoimi projektami, jestem artystką i dawno nie zrobiłam żadnej okładki. Poza ostatnią płytą Oliviera, na którą zdjęcia wykonałyśmy wspólnie z moją przyjaciółką Magdaleną Łazarczyk.

Olivier: Muszę się trochę zgodzić z Zuzą. Jednak zupełnie inaczej było kiedyś z alternatywnymi projektami, tam powstała pewna antyokładkowość. Coś w rodzaju: dajmy na front zdjęcie, które kompletnie nie kojarzy się z naszym zespołem, pomińmy jego nazwę, logo, etc.

Filozofia, jaka stała za tym, żeby mój solowy album miał taką okładkę, była prosta - chodziło o to, żeby muzyka była bardziej rozpoznawalna i kojarzona stricte z moją osobą. Dlatego na A Different Life widnieje mój portret, a nie grafika lub rysunek. Nie ma w tym nic wstydliwego. Jeśli bierzesz do ręki np. taką płytę (Far South Coldaira – przyp.red.), nie wiesz, kto na niej śpiewa, jaki to gatunek, czy to kobieta, czy może mężczyzna. To stwarza pewną tajemnicę. Moja płyta jest bezpieczniejszą opcją dla potencjalnego odbiorcy.

Powodem, dla którego moja EP-ka Ambitions of the Son ukazała się na winylu, była wyłącznie okładka, którą zrobiła Zuza. Wydał ją hiszpański label zajmujący się tylko winylami, jego przedstawiciele najpierw zobaczyli grafikę, którą się zachwycili w internecie, a dopiero potem przesłuchali zawartość i się do mnie odezwali.

Wracając jeszcze do klimatu romantycznego wyglądu okładek – jak jesteś młody, jesteś bardziej podatny na taką estetykę. Dopiero potem zastanawiasz się, co i w jaki sposób podajesz swoim słuchaczom, dojrzewasz i razem z tobą dojrzewają okładki. Podstawą są oczywiście dobre piosenki, kompozycje, a kolejnym krokiem jest pytanie jak zaprezentować światu materiał, przecież pierwszy fizyczny kontakt mamy właśnie z okładką.

17

Okładki są dosyć ważne, muzyka powinna mieć też swoją wizualną stronę. To dwa elementy, które powinny tworzyć spójną całość. Te, które robiłam kiedyś, były dosyć abstrakcyjne.

Zuza: Pamiętam, że jak byłam młodsza, myślałam że bycie muzykiem jest ciekawsze niż bycie artystą. Prawdopodobnie dlatego, że dojrzewałam właśnie w takim towarzystwie. Potem robiłam dla chłopaków okładki i miałam wrażenie, że co niektórzy postrzegają mnie jako ‘dziewczynę chłopaka z zespołu’. Później ludzie rozpoznawali mnie jako dziewczynę od okładek, teraz zupełnie to porzuciłam i robię przede wszystkim swoje rzeczy. Muzyka jest bardzo uniwersalna, nie musisz o niej za dużo wiedzieć, żeby do ciebie trafiła. To czysta forma wysyłania wiadomości do odbiorców, jedynym warunkiem jest słuch.

Olivier: To też bywa problematyczne, bo ludzie nie wkładają wysiłku w słuchanie muzyki, po prostu melodia przychodzi i albo mnie przekonuje, albo nie. Muzeum sztuki współczesnej czasami jest przeciwieństwem – przekonaj siebie, że dana praca do Ciebie trafia. To mniej uniwersalna sztuka, a bardziej wymagająca.

19

EMOCJE

Olivier: Czasami, kiedy słuchasz piosenek, których dawno już nie słyszałeś, pojawia się nostalgiczne uczucie. Nie do końca pozytywne, to też zależy od sytuacji, z którą kojarzy ci się dana muzyka. Im bardziej zapominasz jakiś utwór, tym mocniejsze jest jego wspomnienie, kiedy go słuchasz. To niekończący się proces zapominania i przypominania.

Zuza: Koncerty i muzyka już nie powodują u mnie aż takich emocji jak w przeszłości. Nie potrzebuję być tak bardzo ‘na bieżąco’. Chodzę głównie na koncerty znajomych – Pictorial Candi, oczywiście Olivier, Jerz Igor, Adam Repucha czy Marcin Masecki i grupa berlińska – Better Person, Magic Island, Touchy Mob . Przebywanie w towarzystwie muzyków powoduje, że po pewnym czasie czujesz przesyt, za dobrze znasz cały proces ‘od kuchni’. Pamiętam mój ostatni wyjazd na Openera, na którym byłam zresztą z Marcelem, Adam chyba też tam był. Dużo czasu spędzaliśmy w strefie gastro, jedząc pierogi z budki naszego znajomego, paliliśmy jointy, po prostu sam chill. Gdzieś w tle odbywały się wszystkie koncerty.

Olivier: Ja zawsze tak miałem, nigdy nie byłem zagłębiony w muzyce. Serio, nigdy nie ekscytowałem się artystami, nie chodziłem za bardzo na koncerty, męczyło mnie stanie. Kocham robienie muzyki, szukanie wyzwań w tworzeniu. To Zuza jest głównym słuchaczem u nas w domu i najczęściej puszcza muzykę. Kiedy jestem sam, w domu jest cisza. Kiedy Zuza znajduje nową piosenkę puszcza ją non stop przez 2 dni i następnie robi to samo z kolejną. Dostaję szału! Ciekawe, bo po roku konkretny utwór przypomina mi dokładnie o tym dwudniowym okresie. Mikroklimat muzyczny.

Zuza: Do większości muzyki, której słucham, po jakimś czasie staram się wracać. Czasami taka kilkumiesięczna przerwa robi dobrze, zyskujesz inną perspektywę. Zdarza się, że muzyka przypomina ci też smutne sytuacje, i to już nie jest takie komfortowe. Mam też trzy ścieżki filmowe, które były dla mnie ważne na innych etapach życia. Na pewno Lost Highway Angela Badalamentiego, Virgin Suicides Air i Lost in Translation, soundtrack, który znamy z Olivierem na pamięć.

21

To też bywa problematyczne, bo ludzie nie wkładają wysiłku w słuchanie muzyki, po prostu melodia przychodzi i albo mnie przekonuje, albo nie. Muzeum sztuki współczesnej czasami jest przeciwieństwem – przekonaj siebie, że dana praca do ciebie trafia. To mniej uniwersalna sztuka, a bardziej wymagająca.

Olivier: Jako młody człowiek lubisz skrajności, nie rozumiesz jeszcze złożoności problemów. Jesteś trochę naiwny i nie przejmujesz się konsekwencjami, masz ogrom energii dla uwalniania emocji. Przypomnieli mi się Grizzly Bear, nie słyszałem ich ze 4 lata. Album zatytułowany Shields jest znakomity. Niektóre płyty bardzo źle się starzeją, a ta jest tego zupełnym przeciwieństwem. Ciekawi mnie to, bo sam staram się tworzyć muzykę, która może przetrwać próbę czasu i po czasie nie stanie się czymś lekko żenującym. Największą przyjemność sprawia mi słuchanie w pełni zbalansowanych płyt.

Osobiście, nie chciałbym wydawać albumów corocznie, to jest zbyt duża częstotliwość. Jesteś bardzo zaabsorbowany tworzeniem materiału. Dwa, trzy miesiące atencji po wydaniu albumu, a następna część roku idzie w zapomnienie. Każdy album był kiedyś zupełnie innym konceptem, a obecnie Mac DeMarco lub Sean Nicolas Savage wydają często i te albumy nie różnią się diametralnie. W latach 90-tych 3-4 letnia przerwa była normą, ale teraz to prawdziwa epoka. Zadajesz sobie pytanie: czy oni wciąż żyją? (śmiech)

23

LIRYKA

Zuza: Jeżeli chodzi o teksty, to stanowią one dla mnie przynajmniej 40% każdej piosenki. Sean Nicholas Savage ma kilka naprawdę pięknych tekstów. To jest poezja, dużo uwagi poświęconej pisaniu, ubieraniu doświadczeń i emocji w słowa.

Mam wrażenie, że w Polsce większość myśli, że artysta śpiewa o swoich prawdziwych doświadczeniach. Ludzie preferują historie z krwi i kości niż fantastyczne, abstrakcyjne historie. Lata 90-te były epoką totalnie pokręconych tekstów. Spójrz na Radiohead czy PJ Harvey. Hail to the Thief jest jedną wielką baśnią, odjechana rzecz.

25

Olivier: Oglądałem ostatnio wywiad z Princem, w którym tłumaczył, jak wygląda bycie w wielkiej wytwórni. Jeśli masz dookoła siebie całą grupę pracowitych i zdolnych ludzi, nagrywasz album, który może stać się hitem. Jeśli tych osób nie ma, a ty nagrałeś świetny jakościowo album, to i tak nie będzie on przebojem. Podstawowym błędem jest też myślenie o młodych artystach - im bardziej jest kreatywny, tym bardziej sławny - to nieprawda. Wciąż odkrywam, jak to wszystko działa. Za głupią radiową piosenką stoi ogromna ilość ludzi. Teksty, które słyszysz i czytasz przedstawiają odczucia czy życie artysty – nie zawsze tak jest, często mainstreamowi wykonawcy nawet nie piszą ich sami.

Mam wrażenie, że w Polsce większość myśli, że artysta śpiewa o swoich prawdziwych doświadczeniach. Ludzie preferują historie z krwi i kości niż fantastyczne, abstrakcyjne historie. Lata 90-te były epoką totalnie pokręconych tekstów. Spójrz na Radiohead czy PJ Harvey. Hail to the Thief jest jedną wielką baśnią, odjechana rzecz. Ja również pisałem mocno tego typu rzeczy, głównie jako Anthony Chorale na Ambitions of The Son.

Zuza: Myślę, że na koniec warto wspomnieć o współczesnych artystach, których obydwoje cenimy. W ostatnich latach to na pewno Blood Orange, Kindness, Sean Nicolas Savage, Tops, Kelela, Jaakko Eino Kalevi, Better Person, Porches.

Oli: Rzeczy z przeszłości, których obecnie słuchamy, to głównie yacht rock jak Michael McDonald lub Toto, dodatkowo w ostatnich paru latach The Style Council, Emerson Brothers i Mark Eric.


Zuza Golińska – absolwentka Pracowni Przestrzeni Malarskiej Leona Tarasewicza i Pawła Susida w Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie (2013). W 2015 otrzymała dyplom magisterski w Pracowni Działań Przestrzennych Mirosława Bałki, a jej praca teoretyczna była obroniona pod kierunkiem Andy Rottenberg. Jej instalacja zatytułowana Rozbieg była prezentowana w „Domu Słowa Polskiego” w Warszawie oraz w Heiligenkreuzerhof w Wiedniu i Narodni galerie w Pradze. W 2014 roku została finalistką nagrody Artystyczna Podróż Hestii i otrzymała pierwszą nagrodę w Gdańskim Biennale Sztuki. Brała udział w wielu wystawach zbiorowych, m.in. polsko-szwedzkim projekcie S-NOW podczas inauguracji Europejskiej Stolicy Kultury w Umeå oraz w czterotygodniowym cyklu wystaw Nie ma ziewania #1 #2 #3 – w Nowym Teatrze w Warszawie. Jest laureatką stypendium przyznawanego za osiągnięcia przez Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego (2014). W 2015 roku była nominowana do europejskiej nagrody dla młodych artystów StartPoint Prize. W 2016 roku otrzymała stypendium Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Mieszka i pracuje w Warszawie.

Olivier Heim – wielokrotnie nagradzany holenderski muzyk i kompozytor, urodzony w Stanach Zjednoczonych, mieszkający z wyboru w Warszawie. Zaczynał swoją karierę w międzynarodowym trio Très.b. W 2014 roku wydał debiutancki album A Different Life, nagrany pod własnym imieniem i nazwiskiem. Zdobył uzanie wielu renomowanych magazynów, w tym The Guardian, MOJO, DIY, The Line of the Best Fit, BBC Radio One czy Uncut. Heim jest chwalony za swój wyjątkowy styl, w którym łączy lekkie surf-popowe brzmienie z chillwavem. Często porównywany jest z takimi artystami jak Mac DeMarco, Toro y Moi czy Jaakko Eino Kalevi.

27